Myśli nieskoncentrowanego umysłu

19 Wrzesień, 2013 r.

Myśli nieskoncentrowanego umysłu
Chana Weisberg
Nie jestem przyzwyczajona do tego, że moja głowa i ciało funkcjonują oddzielnie. Generalizując, mój umysł identyfikuje cel i kierunek, a zdolności mojego ciała naturalnie zastosowują i wykonują to.
Tak było do niedawna.
Jednego dnia funkcjonowałam jak normalna, energiczna „ja”. Aby już następnego dnia, mój mózg okazał się „do kitu”, moja siła woli wyparowała, moje kończyny stały się całkowicie bezużyteczne, i generalnie, moje istnienie zostało pokryte jakby mgłą ciężkiego letargu, który nie chciał mnie opuścić.
Wszystko to nie jest nowym doświadczeniem dla mnie. Faktycznie, jest mi całkiem bliskie, choć żywość moich wspomnień zamazała się z upływem czasu.
Jeżeli doświadczenia z przeszłości sąTe przemyślenia nie są zamierzone dla tych kobiet, których doświadczenie ciąży jest wspaniałym, radosnym błogosławieństwem. właściwe, uczucia te towarzyszyć mi będą przez wiele miesięcy.
Dziewięć - w sumie - aby być precyzyjną.
(Pozwólcie dać się ostrzec, zaraz na początku, te przemyślenia nie są zamierzone dla tych kobiet, których doświadczenie ciąży jest wspaniałym, radosnym błogosławieństwem. Jeżeli twoja twarz bez przerwy promienieje, kiedy ty kontynuujesz prowadzić normalną rutynę z gracją i elegancją, ciebie to po prostu nie dotyczy. Nawet nie kłopocz się czytaniem tego. To jest raczej dla tych z nas, które choć podniecone perspektywą macierzyństwa, spędzają te dziewięć miesięcy w całkowitej agonii To jest dla takich jak ja,których jedynym blaskiem na skórze jest zielonkawa bladość nieustających nudności.)


Oczywiście, że staram się skoncentrować na pięknie ostatecznego celu – euforii nowego życia, które rośnie w moim wnętrzu. Zaczynam swój dzień od wypełnienia umysłu pozytywnymi wyobrażeniami,
starając się wypełnić je sensem cudownego zdumienia, cudu formującego się wewnątrz mojego rosnącego ciała.  Każdego rana przekonuję samą siebie jak wspaniale zdrową czuję się dzisiaj – w tym samym momencie, w którym żółć „rośnie w moich ustach”.
To, co ostatnio niepokoiło mnie jednak, to natrętne uczucie, że coś jest nie w porządku. W tak szczególnym czasie moje dni powinny być przesiąknięte duchowością. Moje modlitwy powinny być intensywne i „całym sercem”, czas studiowania Tory powinien wzrosnąć, moja wdzięczność powinna być ewidentna poprzez dodatkowe dobre uczynki, których podejmę się.
Powinnam dziękować Tobie, B-że, wylewnie, za ten cenny dar, którym Ty obdarzyłeś mnie, zapewniając mi tak centralną rolę w cudzie życia. Powinnam świadomie prosić Cię o siłę, aby radzić sobie z moimi dyskomfortami i nadchodzącym czasem porodu. Powinnam szukać Twojej pomocy w wyzwaniach, jakie niesie z sobą niemowlę, wtedy, kiedy modlę się za dziecko. I powinnam błagać Ciebie o cierpliwość i mądrość, kiedy zajmuję się moimi pozostałymi dziećmi.Jednocześnie w czasie, kiedy potrzebuję Ciebie najbardziej, jestem całkowicie niezdolna do wyrażania i działania w tym kontakcie między nami.
Zamiast  tego, po prostu każdego dnia wykonuję kolosalną pracę. Pozostała energia, którą potrzebuję, aby odmówić elementarne modlitwy, wystarcza mi jedynie na ich „wyklepanie”. Intencjonalne skoncentrowanie i żarliwe odmówienie modlitwy jest poza zasięgiem moich możliwości.
To jest taki szczególny czas dla mnie, kiedy czuję Twoją obecność tak intymnie i nieustająco we mnie. Czuję się otoczona przez Ciebie i uzależniona od Ciebie. Jednocześnie, w czasie, kiedy potrzebuję Ciebie najbardziej, jestem całkowicie niezdolna do wyrażania i działania w tym kontakcie między nami.
Zwróciłam uwagę, że identyczne sytuacje są  w relacji z moim mężem. Chcę abyśmy dzielili się radością dramatu rozwijającego się przed nami. Chcę doświadczać tego cudu i ekstazy wspólnie. Marzyć i spekulować w długich, wspólnie dzielonych momentach intymnego komunikowania się. Ale jedyne, co wtedy potrafię z siebie dać, to wymuszony uśmiech, czy ściśnięcie ręki; kiedy koncentruję całą moją energię na rutynowe działania, godzina po godzinie.
Jednocześnie, interesujące, ale pomimo braku otwartej ekspresji, pomimo zmniejszenia się czasu, który spędzamy razem w tych dniach, oboje czujemy moc tej więzi intensywniej. Jakimś sposobem on intuicyjnie czuje, co powinien powiedzieć teraz, kiedy czuję, że jestem chora i nieatrakcyjna. Jakimś sposobem, spojrzenie w jego oczy jest wystarczające, aby „uniosło” mnie, kiedy jestem bliska rozpaczy.
Dziwnym sposobem, pomimo, że okoliczności powodują sztuczny dystans, ich zasadniczy powód sprawia, że zbliżamy się do siebie jeszcze bardziej.
To właśnie spowodowało, że zastanowiłam się nad tym, jak nasi Mędrcy porównali nasz obecny stan  galut – wygnania, do trudności doświadczanych w ciąży.
Galut jest to czas, w którym pozornie czujemy się tak oddaleni od Ciebie, B-ga. Duchowo, jesteśmy niekomunikatywni. Cała nasza energia jest konsumowana przez wyzwania codzienności, przebicia się przez monotonię życia i przetrwania.
Dziwnym sposobem, pomimo, że okoliczności powodują sztuczny dystans, ich zasadniczy powód sprawia, że zbliżamy się do siebie jeszcze bardziej.
Niezbyt dużo czasu i energii pozostaje mi do jakiejś szczególnej bliskości z Tobą. Duchowo, jesteśmy w letargu. Nasze umysły i kończyny są nieskoncentrowane. Jesteśmy zażenowani znużeniem, duchowo nieruchomi i apatyczni.
Jednocześnie, w jakiś sposób pomimo dystansu w naszej komunikacji, pomimo braku intymnej, duchowej ekspresji to, co wyłania się z tej ciężkiej próby, to głębsze powiązanie z Tobą. Tak jak nasze najgłębsze ego staje się w bólu, tego ciężkiego procesu, jednocześnie dajemy życie nowemu, duchowemu ego, które intymnie i elementarnie związane jest z Tobą.
Przez cały czas, tego nieustannego długiego wygnania, okoliczności duchowego rozłączenia i rozczarowania mogą powodować, że czujemy się od Niego oderwania. Ale wewnętrznie, nasza więź jest mocniejsza bardziej, aniżeli kiedykolwiek.
Ja po prostu teraz Ciebie poproszę – moimi nieskoncentrowanymi myślami – abyś dał nam siłę by pokonać ból, agonię i dyskomfort stanu ciąży, tak, że w końcu możemy pokazać radość w narodzeniu, tego wyjątkowego czasu.